Przejdź do głównej zawartości

Składane krzesełko

I

Z jednej strony blokowiska. Szare, duże, betonowe konstrukcje wypełnione ludźmi, których nie znam, znam, nie lubię, lubię, gardzę, szanuję, nie znoszę, kocham.
Z drugiej strony przestronne pola. Zielone, żółte, brunatne, białe.
Nad nimi niebo szare, niebieskie, czarne, ze Słońcem, chmurami, tęczą.

Te dwa światy oddziela droga przypominajaca rzekę- płynny asfalt niemający początku, ni końca. Siadam przy brzegu na rozkładanym krzesełku, bez obola, nie chę wszak płynąć, jedynie podziwiać. Co rusz z obu stron nadpływają najrozmaitsze maszyny- od rowerów, skuterów, motorów, osobówek, po tiry, traktory, kombajny i jeszcze większe dziwy.

Bardzo odprężającą czynnością jest patrzenie, jak to wszystko płynie, podczas gdy ty leniwie rozpostarty w wygodnym krzesełku siedzisz i nigdzie nie musisz się ruszać. 
Jeden za drugim, drugi za trzecim, trzeci za czwartym, czwarty za piątym, pierwszy za ostatnim, ostatni za pierwszym, motononia za monotonią ścigając monotonię, zasypiasz.

II

Śniło mi się swego czasu, rzecz niesłychana, że uczyłem się latać. Dziwne, bo od zawsze, od kiedy sięgam pamięcią, się tego bałem. Człowiek nie jest stworzony do latania, wszak nie ma piór, skrzydeł, niczego, co by mu w tym jakoś miało pomóc. Po cóż latać, gdy się ma nogi, na których świetnie jest maszerować przez świat. Nawet do pływania nadajemy się bardziej. Może dlatego, że trudniej utonąć, niż spaść. Nawet w łonie matki, jak wiadomo, pływamy, nie latamy.

Tak czy inaczej, uczyłem się latać. Nieporadne podskoki przeradzały się w coraz dalsze susy, susy w początku bezwładne, powolne opadanie, jak szybowiec, a i to w końcu w całkiem świadome latanie. Mogłem latać, byłem panem przestworzy, wolny jak ptak- pętle, beczki, fikołki, cokolwiek bym nie wymyślił, a po strachu ani śladu.

Nic jednak nie trwa wiecznie. Nagle zerwał się wiatr, a czar prysł jak bańka mydlana. Nie mogłem utrzymać równowagi, miotało mną od prawej do lewej, od góry do dołu. W końcu spadłem. Nim jednak poczułem ziemię na twarzy, obudziłem się zlany potem. Dziwne, że nadal byłem na krzesełku, nie na ziemi. Nigdy więcej latania, nawet w snach.

III

Auta przypominają siebie nawzajem, są jednak różne, tak samo jak chińczycy, czarnoskórzy, czy nawet kwiaty. Każdy jest osobliwy, może podobny do innych, ale nigdy taki sam.

Kiedy znajdzie się piękny kwiat, nie ważne, że wokół będzie mnóstwo podobnych, ważne, że zerwiesz właśnie jego i wręczysz swojej dziewczynie. Ona stanie się jeszcze piękniejsza tym właśnie kwiatem i nic już nie będzie takie jak było.

IV

Lubię spacerować. Mam swoje miejsce, swoją dróżkę, którą dreptam, gdy tylko najdzie mnie ochota, swoje własne 800 metrów ciszy i spokoju. Tak właśnie- cisza i spokój. Czegóż więcej nam trzeba do szczęścia?

Kiedy przytłacza cię hałas, wszystko wchodzi na głowę, nie zdążysz nawet uporać się z jednym, a już czas na drugie, wstań, wyjdź, znajdź swoje 800 metrów ciszy, spokoju i po prostu idź.
Nie spiesz się, to, co cię goni, zostaw za sobą, nie przejmuj się, odpocznij. Nie myśl o tym, co musisz- myśl o tym, co chcesz. Poczuj wolność, swobodę, radość. Odetchnij pełną piersią- tak właśnie smakuje życie.

Z dala od ludzi, z dala od świata, z dala od problemów, codzienności, jesteś tylko ty i szczęście. Jak wspaniale choć przez chwilę być jedynym człowiekiem na ziemi.

V

Jedyny... Czy ktoś kiedyś był jedyny? Jak spędzał czas? Czy miał swoje 800 metrów szczęścia i niczym innym się nie przejmował? Czy może żył normalnie, jakby był jednym z wielu? Czy, kiedy i jak doczekał chwili, gdy już nie był jedynym? Czy dostał towarzysza, czy sam go sobie stworzył, a może nie musiał, nie potrzebował, bo sam ze sobą czuł się znakomicie? Jakże to było być jedynym?

Ciekawe, może kiedyś ktoś tego doświadczy. Ludzie znikną nagle, jak się pojawili, a on zostanie sam, jedyny, pominięty, zapomniany. Pewnego dnia obudzi się, wstanie i spostrzeże, że nikogo więcej już nie ma. Będzie sam jeden jak palec.

VI

Każdy z nas ma swoją własną historię do napisania. Rodząc się dostajesz pióro, a kartką jest twoje życie. Nie sztuką jest zapisać całą kartkę byle jakimi gryzdołami- sztuką jest nie zostawiać na niej kleksów, skreśleń, zagnieceń.

W każdym samochodzie, który mnie mija, kryje się inna historia.
Czasem zastanawiam się, kimże jest ten starszy jegomość jeżdżący rozklekotanym maluszkiem? Może to weteran wojenny, a może nawet wojny nie doświadczył. Może jedzie do sklepu po zakupy, albo odwiedzić chorą żonę w szpitalu, a może zając się wnukami, podczas gdy ich rodzice będą w pracy. Może po prostu jedzie się napić z dobrym kumplem od kieliszka, a może odwiedzić go na cmentarzu.
Gdzie jedzie rodzina wioząca kilka nart na dachu? Byli już w górach, czy właśnie wracają? A może dopiero co kupili narty i jadą prosto z zakupów?
Dokąd i dlaczego ten młody człowiek tak bardzo się spieszy cudem omijając inne pojazdy i kolejne drzewa? Czy ktoś mu umiera, czy może za chwilę ma ważny egzamin, na który zaspał, czy po prostu lubi zawrotną prędkość i nie zważa na życie swoje i innych?

Kim w końcu jestem ja? Jak wygląda moja kartka?

VII

Cień rzucany przez bloki, powodowany chowaniem się Słońca za horyzont, dotarł już do brzegu asfaltowej rzeki. To znak,  że czas na mnie, koniec snucia opowieści marzeń.
Aut prawie nie ma, dzień to zwykły, niewolny od pracy, wszyscy już w domach czekają następnego
Wtaję leniwie, składam krzesełko, biorę je pod pachę i powoli odchodzę w stronę rodzinnego blokowiska...


Komentarze