Przejdź do głównej zawartości

Ja, Mój, Moje- Czego nie dzierżawić


Witajcie!

Powracam, być może tylko na chwilę (zobaczymy), po długim dość czasie (w internecie czas zdaje się płynąć szybciej, niż woda w rzece), pewnie tęskniliście.

Ja.

Pierwsza osoba liczby pojedynczej (nie pojedyŃczej!!!).
Ten, który mówi, czyta, pisze, cośkolwiek właśnie robi.
Zaimek osobowy.
W psychologii- świadomość własnej osobowości, myślenia, poznawania.
W psychoanalizie- w wąskim rozumieniu- ego, w szerokim- cały aparat poznawczy człowieka.
Ja.

Mój, moje.

Zaimki dzierżawcze- wskazujące przynależność kogoś lub czegoś do danej osoby, rzeczy.
W tym przypadku do mnie. Czyli do ja.

Tak więc ja, mój, moje.

Ostatnio zauważyłem, a właściewie zwróciłem uwagę na to, że w dzisiejszym świecie każdy ma, musi mieć swoje zdanie. Każdy, a przynajmniej większość, zdaje się być tym właśnie jedynym Ja, z którego zdaniem wszyscy inni powinni się liczyć, powinni je szanować, tolerować-akceptować. Bo przecież mój punkt widzenia jest tym właściwym, moje zdanie jest najmojsze z najmojszych (być może tak to się pisze, mam nadzieję), przynajmniej jak dla mnie, więc nie wtykaj mi twojego, bo ono to jest dobre dla ciebie, a nie dla mnie.

W ostatnich czasach każdy dostał prawo do swojego. Moje jest to i to, a Twoje to i to. Wszyscy hepi. Równość, braterstwo, tolerancja. Hihi, haha, hejże hola, tańce, hulanki, swawola!

Okej, zgodzę się, każdy ma prawo do swojego zdania. Jak dla mnie jest to jak najbardziej ok. W końcu wolna wola, wolny wybór, takie tam.

Ale właśnie. Czy tak do końca wolny? Czy mogę mówić, co moje, gdzie tylko chcę i jak chcę? Czy to właśnie oni wszyscy gwaratują? Że każdy może mieć swoją prawdę i się nią dzielić, jeśli respektuje prawdy innych?

Gdzie tam... Niestety. Zawsze znajdzie się to ziarno hipokryzji.

Niedawno w Poznaniu odbył się marsz równości. Spoko, chcą, niech sobie maszerują, mają prawo, w końcu to tylko raz w roku, katolicy też maszerują po mieście na Boże Ciało i mało kto robi problemy.

Ale czy to to samo? Czy katolicy wieszają kilka dni wcześniej swoje flagi na każdym z poznańskich tramwajów? Nie? To dlaczego na każdym tramwaju zawisła tęczowa flaga?


Dobra, może przesadzam, to jeszcze nie jest takie złe, w sumie chyba nawet wcale złe. Chcą zwrócić na siebie uwagę, spoko, nie wadzi mi, niech sobie wieszają, nie ma sprawy. Choć nie powiem, te flagi mnie trochę rozśmieszyły, a szczególnie reakcje coponiektórych, jak je zobaczyli.

Spójrzmy gdzie indziej. Kilka dni później natknąłem się w internecie na parę ankiet z innych miast, pytających, czy i w tych miastach powinno się przeprowadzić marsze równości.
W ankietach miast, w których wygrała opcja TAK, zaroiło się od komentarzy, jak to wolność równość braterstwo tolerancja kolejny raz wygrały i że super, gratuluję, też będę hihi idziemy z dziećmi nawet, a co tam, niech się uczą.
Natomiast w ankietach miast, w których wygrała opcja NIE... jak myślicie, jakie treści można było wyczytać z komentarzy?
1) Demokracja to demokracja, lud zdecydował, nie to nie. Szanujemy, respektujemy, w końcu mamy wolność, równość, braterstwo. Większość mówi nie, to nie organizujemy tego w tym roku, spoko.
2) Średniowiecze, zacofanie, kościół, pedofile, pis u władzy! I tak pójdziemy! Pokażmy im prawdę! Ilu nas jest, niech zobaczą! Przejrzą na oczy! To było sfałszowane, pewnie namawiali ludzi spoza miasta, żeby głosowali na NIE...

Oczywiście, niestety, jeśli wybraliście opcję 2), trafiliście :/

Co to mówi o wolności, równości, tolerancji, którą tak promują ci wszyscy ludzie dreptający w marszach równości? Jak dla mnie mówi to, że te pojęcia nie obejmują wszystkich, a przynajmniej nie tych, którzy mają odwagę powiedzieć nie (a co z asertywnością, którą też często promują?)...

Niestety wielu z tych ludzi uważa, że tolerować, to to samo co akceptować. Otóż nie.

Według słownika języka polskiego:

Tolerować:
1. «odnosić się z pobłażaniem do nagannych zachowań lub zjawisk»
2. «godzić się na obecność jakiejś osoby mimo braku aprobaty dla niej»

Akcpetować:
 «przyjmować, uznawać, zgadzać się, zatwierdzać, potwierdzać, aprobować»

Czy to jest według was to samo? Czy tolerować=akceptować? Otóż, jak widać, nie...

Tak więc nie każcie mi być za związkami jednopłciowymi, nie każcie mi popierać pomysłów mówiących o tym, żeby pozwolić tym osobom wchodzić w związki małżeńskie, nie każcie mi popierać pomysłów mówiących o tym, żeby dać tym osobom dzieci na wychowanie...
Ja oczywiście toleruję te osoby, no bo co mam je zadźgać za to, że są inne niż Ja? A niech sobie żyją, niech sobie robią co chcą, ale popierać, akceptować takich zachowań i pomysłów nigdy nie będę, wybaczcie, mam do tego prawo w imię wolności, którą sami głoszą.

Dobra, przejdźmy dalej, bo już widzę, że się nadto rozgaduję, jak to mam w zwyczaju :/

Również w Kościele zaczynam zauważać coraz więcej Ja, Mój, Moje...
Po każdym, nawet najmniejszym potknięciu w Kościele, pojawia się wiele takich słodkich misiów tulisiów, które publicznie biją się za to w piersi... papieża Franciszka, no bo przecież nie swoje, oni są bez winy...
Mówią, jak to IM coraz gorzej w tym ICH Kościele, co wedłuch NICH powinno się w Nim zmienić, jak ONI to widzą...

Spójrzcie może na słowa Papieża Benedykta XVI, które wypowiedział w 1970 roku, jeszcze jako ksiądz profesor:
Po przekładzie liturgii na język niemiecki, przed ostatnią reformą, przeżywałem raz po raz pewien językowy opór, wypowiadając słowa związane z tym samym kontekstem i w sposób symptomatyczny raz jeszcze oddającymi istotę niniejszego problemu. W niemieckiej wersji Suscipiat modlimy się, aby Pan przyjął ofiarę „na błogosławieństwo dla nas i dla Jego całego Kościoła świętego”. Niejednokrotnie miałem na końcu języka: „I naszego całego Kościoła świętego”. To zawahanie uwidacznia cały rozważany tutaj problem, odsłania całe przesunięcie akcentu, jakie się dokonało. W miejsce JEGO Kościoła pojawia się NASZ Kościół, a z nim cała wielość Kościołów; każdy ma swój. Kościoły stały się naszymi przedsięwzięciami, które napawają nas dumą lub wstydem. Jedna przy drugiej stają małe, prywatne posiadłości: „nasze” Kościoły; przez nas budowane; będące naszym dziełem i własnością, które chcemy w związku z tym zmieniać lub zachować w dotychczasowym kształcie. „Nasz Kościół” czy też „wasz Kościół” przesłonił nam „Jego Kościół”. Tymczasem jedynie o ten Kościół chodzi – i jeśli jego braknie, to „nasz” również traci rację bytu. Kościół, będący wyłącznie „naszym” Kościołem, jest nikomu niepotrzebnym zamkiem z piasku.



Myślę, że to wystarczy dla tych wszystkich osób, które myślą o Kościele jak o ICH Kościele (ale co tam, dorzucę troszę MOICH uwag):

Bo czy do tego ma dojść, że gdy pójdę na Mszę, usłyszę, jak to mam się bić w piersi za księży pedofili, za kłamstewka, które (niby) Kościół głosi, za zacofanie, średniowiecze itp.?
Czy nie wystarczy, że cały dzisiejszy zewnętrzny świat pluje kwasem na Kościół? Czy nie wystarczy, że cały dzisiejszy świat z każdego, choćby najmniejszego potknięcia w Kościele robi wielką aferę na cały świat (ale jakoś nie rozgłasza tego, jak Kościół pomaga biednym i chorym chyba nawet w największym stopniu ze wszystkich tym się zajmujących "organizacji", choć sam w sumie od tego, a przynajmniej nie tylko do tego, nie do końca jest)?
Kościół jest grzeszny i o tym doskonale wie (i ofc tego nie akcpetuje, żeby nie było). Nie jest tak, jak u protestantów, który tworzą co i rusz nowe, bezgrzeszne kościoły, a gdy zobaczą w nich jakieś grzechy, to albo je tuszują, albo odchodzą i zakładają nowy, lepszy kościół. Nie, Kościół publicznie przeprasza za swoje błędy. Czy to nie wystarczy? Czy trzeba wpajać to ludziom z każdej strony, czy nie wystarczy im jadu tego świata?
Gdzie tu miejsce na Jezusa, gdzie miejsce na sakramenty, gdzie miejsce na Miłość? Nie ma? Może to niepotrzebne? Może lepiej wybrać się do kin na długo wyczekiwaną premierę "Kleru" i poznać "prawde" o Kościele?
Róbcie, jak uważacie, ja się tylko dzielę swoim zdaniem, a przypominam, że w imię wolności mam do tego prawo.


Dobra, jeszcze jedno Ja i zaraz kończę swój wywód.
Otóż niedawno przeczytałem ciekawą książkę Jamesa Martina (tak, to ten znany JEZUITA) pt. "Opactwo". Fajna książka, choć może nie wybitna, może nie aż taka super porywająca i w ogóle (oceniając ją jak każdą inną książkę dałbym jakieś 5/10), aczkolwiek coś mnie w niej szczególnie poruszyło (także jednak warto przeczytać, zważywszy, że to coś znajduje się blisko jej końca), mianowicie taki oto fragment (żeby nie przytaczać całego rozdziału, albo chociaż całej rozmowy, bo to by było trochę za dużo):

"-Dlaczego po prostu nie pozwolisz Bogu być Bogiem? Pozwól Mu, by dalej mówił do ciebie w taki czy inny sposób. Pozwól, by był to Bóg. Nie Bóg Anne (imię bohaterki, do której się ta wypowiedź odnosi- wstaw tu więc swoje imię, drogi czytelniku), nie twój dawny obraz Boga, ale sam Bóg. A może zechcesz coś Mu odpowiedzieć..."


Także, jak już pewnie zauważyłeś/aś, chodzi mi o to, że tak wielu z nas ma swój własny obraz Boga. Dlatego też radzę przeczytać tę książkę, mimo niezbyt porywajacej treści- na szczęście ma niewiele ponad 200 stron, więc na pewno dacie radę ;)
 
Każdy ma swój obraz Boga, malowany latami, od narodzin, poprzez dzieciństwo, to, jakich mieliśmy rodziców, jaka była nasza mama, jaki był nasz tata, to, co nam się przydarzyło, co straciliśmy, na jakie cierpnienia nas życie naraziło- to wszystko i nie tylko to wpływa na to, jakiego Boga sobie sami wymalujemy w naszych głowach. (sorki za powtórzenia)
Dużo osób widzi w Bogu srogiego sędziego, który tylko by nas sądził i karał, inni zdają się widzieć w Nim Tego, który tylko by nam czegoś nakazywał, albo zakazywał.
Mało kto dostrzega to, co można wyczytać chociażby w Biblii, mianowicie- że Bóg jest Miłością. Tak więc to w Miłości nas sądzi, to w Miłości nas każe.
Pomyśl tylko- czy byłbyś w stanie osądzić i ukarać kogoś, kogo kochasz?
Pomyśl, że z taką też trudnością przychodzi to Bogu. Jednak, tak jak tata każe czasem dziecko za coś złego, czego się dopuściło, tak i Bóg każe nas czasem, bo wie, że wyjdzie nam to na dobre.
Tak właśnie- Bóg z każdego zła, które nas dotknęło i które było naszym udziałem, potrafi wyciągnąć dobro. To dopiero jest Bóg!
W drugą stronę zdarza się oczywiście równie często przesadzać i sprawiać, że ten obraz Boga , który mamy, jest zbyt słodziusi, milusi, kochaniusi. Szczególnie widać to u wielu takich misiów słodzisiów, o których już wspominałem :/

Nie twierdzę, że łatwo nie rysować swojego własnego obrazu Boga. Sam przecież wciąż go rysuję, może nawet tutaj. Warto próbować.
No cóż, tak to z nami jest. Mamy bujną wyobraźnię, a wiecie, Kto stworzył wyobraźnię?
Pozdrawiam i bardzo dziękuję, jeśli dotarłeś aż tutaj :D
Należą Ci się za to gratulacje :D
Gratuluję więc i jeszcze raz dziękuję :D
Do napisania,
Reb

Komentarze