Witajcie moi drodzy!
Słowo Boże na dziś:
(Mt 25,14-30)
Jezus opowiedział uczniom tę przypowieść: Pewien człowiek, mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał. Zaraz ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zyskał drugie dwa. Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana. Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi. Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem. Rzekł mu pan: Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana! Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc: Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem. Rzekł mu pan: Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana! Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: chcesz żąć tam, gdzie nie posiałeś, i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność! Odrzekł mu pan jego: Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz - w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów.
Każdy z nas, bez wyjątku, dostał od Boga jakiś talent, bądź talenty. Jeden mało, drugi bardzo wiele, wszyscy jednak coś otrzymali, do czegoś zostali powołani. Każdy ma to, co może najlepiej wykorzystać, co jest właściwe tylko jemu, nie ma więc znaczenia, kto ma dużo, a kto mało.
Jakie to są talenty? Hmm... Niektórzy potrafią pięknie śpiewać, inni tańczyć, jeszcze inni świetnie recytują, są świetnymi mówcami, bądź bardzo dobrymi aktorami lub też pisarzami. Innych talenty związane są z nauką- przychodzi im ona łatwo, mają ostre umysły na nią nakierunkowane, uwielbiają się nią zajmować, odkrywać nowe rzeczy, rozwijać ją, nauczać jej. Jeszcze inni mają po prostu talent do bycia dobrym mężem, żoną, ojcem, matką, potrafią, czasem nawet mimo braku środków, zapewnić małżonkowi, dziecku wszystko, co potrzebuje, nawet w nadmiarze.
Musimy te nasze talenty oczywiście najpierw w sobie odkryć, a potem rozwinąć i podzielić się z innymi. Nie możemy ich po prostu ukrywać, bo jaki to miałoby sens? Trzeba pamiętać, że nasze talenty wcale od nas nie pochodzą- to Boży dar, na który nie zasługujemy, a jednak go otrzymaliśmy.
Wiara też jest takim darem. Niektórzy otrzymali ją w niezbyt dużej ilości, inni więcej, a inni w postaci wręcz heroicznej i każdy z nich, niezależnie od tego, ile otrzymał, ma ten dar w sobie rozwijać i się tym darem dzielić, nie ukrywać.
Dzisiejszy świat sugeruje, a czasem wręcz zmusza nas, wierzących, byśmy tę naszą wiarę ukryli, bo to przecież prywatna sprawa, nasza własna, w co wierzymy, nikogo więcej to nie obchodzi. Skoro nie obchodzi, to czemu mamy to ukrywać?
Bóg chce żąć tam, gdzie nie posiał, zbierać tam, gdzie nie rozsypał, dlatego nie możemy być jak trzeci sługa, nie możemy się bać i ukrywać naszej wiary, tylko ją rozwijać, dzielić się nią.
Jakże się nią dzielić? Poprzez naszą pełną miłości postawę. Rozwijajmy nasze talenty, czy to śpiewanie, czy to mówienie, nauczanie, czy to bycie dobrym rodzicem, małżonkiem, dzieckiem.
Nie zawsze trzeba o wierze mówić, aby nieść ją w świat. Często wystarczy postawa i to, co sobą reprezentujemy. Nie wszyscy wszakże mamy talent do bycia mówcami i ewangelizatorami. Jeśli jesteś piosenkarzem, śpiewaj z miłości do Boga i ludzi, jeśli jesteś nauczycielem, ucz tak, jak Bóg polecił, jeśli jesteś ojcem, kochaj swoje dzieci i zajmuj się nimi, wychowuj je należycie, jak Bóg polecił, nie zajmuj się tym, do czego talentu nie masz.
Oczywiście przy tym przyznawaj się jawnie do Boga- uczęszczaj na Msze Święte, praktykuj modlitwę, czyń uczynki miłosierdzia.
Gdy inni zobaczą, jak rozwijasz się w tym, co robisz, jak Bóg cię w tym wspiera, być może ich serca, jeśli są z kamienia, skruszeją i też pójdą oni za Bogiem.
Jeśli cię zapytają, powiedz tylko, że wszystko co masz zawdzięczasz Bogu i wszystko co robisz, robisz dzięki i dla Niego. Nic więcej mówić nie trzeba.
Ja sam, przyznaję się bez bicia, czasem mam taki odruch, by mą wiarę, czy inne dary, które otrzymałem, po prostu ukryć, by wydać się innym takim sobie zwykłym człowieczkiem bez niczego, żebym nikogo nie interesował, bo często, gdy chodzi przede wszystkim o wiarę, spotyka się człowiek z odrzuceniem, odtrąceniem i zniewagami, co jest trudne, ale przecież "wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia". Jeśli chodzi o inne nasze talenty, ludzie często są po prostu zazdrośni i też próbują nas znieważyć i zdeptać, byle ktoś inny, poza nimi samymi, nie osiągnął nic. Dlatego mimo wszystko staram się te moje dary rozwijać i dzielić się z nimi z ludźmi(na przykład tutaj).
Wczoraj w mojej małej wiosce miał miejsce odpust ku czci Karoliny Kózkówny- polskiej błogosławionej, XX-wieczniej dziewicy męczennicy.
Pochodziła z rodziny ubogiej, rolniczej, ale bardzo religijnej. Jej dom był nawet nazywany tzw. kościółkiem. Cała rodzina bardzo często, niemal codziennie, uczestniczyła we Mszy Świętej w kościele oddalonym od domu o 4km, gdzie często chodzono pieszo, codziennie wspólnie odmawiała pacierz, śpiewała Godzinki, sięgała po Pismo Święte.
Sama Karolina urodziła się w 1898 roku (sto lat przede mną), Komunię Świętą przyjęła po raz pierwszy w 1907 roku, szkołę podstawową w 1912 roku ukończyła z wynikiem celującym, sakrament Bierzmowania przyjęła w roku 1914, często udawała się na pielgrzymki, była dzieckiem bardzo pracowitym, pomagała rodzicom i sąsiadom. Należała do Bractwa Komunii Świętej wynagradzającej, Apostolstwa Modlitwy, Towarzystwa Wstrzemięźliwości oraz była zelatorką Koła Żywego Różańca. Nosiła Różaniec na szyi i modliła się nim codziennie.
Jak widać, wykorzystywała, rozwijała i dzieliła się wszystkimi darami, którymi ją Bóg obdarował. Niestety jej życie zostało bardzo szybko zakończone.
18 września 1914 roku do jej domu przyszedł rosyjski żołnierz. Wyciągnął on ją siłą z domu, zaprowadził do lasu, gdzie próbował zgwałcić, ale ona nie pozwoliła mu na to i mimo wielu ran uciekła. Niestety nie zdołała wrócić do domu, upadła na skraju lasu i tam zmarła z powodu ciężkich obrażeń.
Mimo tak młodego wieku była bardzo dojrzała. Wiedziała, co jest w życiu ważne, jak trzeba się zachować, nawet mimo groźby utraty życia. Wykorzystała wszystkie talenty, jakie otrzymała. Błogosławiona Karolina.
Jednak nie tylko tym chciałbym się z wami podzielić. Wczorajszej Mszy z okazji obchodzonego Święta Młodych (tak to jest u nas nazywane, a co roku przybywa coraz więcej młodych osób z całej diecezji i nie tylko), przewodniczyli dominikanie, duszpasterze ledniccy, a w sumie koncelebrowało ją aż 17 kapłanów (ledwo się mieścili w prezbiterium kaplicy).
Jeden z dominikanów wygłosił kazanie, które mnie bardzo ujęło.
Opowiedział on w nim bajkę, której niestety nie umiem powtórzyć słowo w słowo.
Brzmiała ona mniej więcej tak:
Była sobie gadatliwa, śpiewająca Mewa. Niektórzy zwracali jej uwagę, mówili, żeby choć na chwilę przestała, ale ona w kółko nawijała to swoje tratata tratata.
Pewnego dnia, latając i śpiewając w kółko, zobaczyła nad jeziorem Sokoła. Był on bardzo dostojny i milczał. Oniemiała, przysiadła się i również zamilkła. Siedzieli tak w milczeniu 5...10...15...20...26 minut. Potem Sokół odezwał się, że musi iść do pracy, ale zaprasza jutro... i odleciał.
Na drugi dzień to samo, kolejnego dnia też milczeli sobie 5...10...15...20...26 minut. W końcu Sokół zaproponował Mewie herbatę wieczorem. Spotkali się więc, opowiedzieli o sobie, zaprzyjaźnili i codziennie rano milczeli a wieczorem pili herbatę.
Pewnego dnia, gdy znów się rano spotkali, Sokół był jakiś inny, smutniejszy. Mewa to zauważyła i gdy skończyli, zapytała go o to. On odpowiedział, że musi odlecieć bardzo daleko, ale może jeszcze się kiedyś spotkają. Pożegnali się więc i rozstali.
Mewa smutna wracała do domu i śpiewała: "Bez sensu, bez sensu, bez sensu, bez sensu...".
Jednak następnego dnia, czy to z przyzwyczajenia, czy tęsknoty, udała się nad jezioro sama i milczała tak 5...10...15...20...26minut. Powtarzała to codziennie.
Pewnego dnia, gdy tak milczała, podpłynął do niej piękny, biały Łabędź. Powiedział, że jeszcze nigdy nie widział tak pięknie milczącej Mewy. Zapytał, czy może się dosiąść, pozwoliła mu i tak milczeli razem 5...10...15...26minut. Również się zaprzyjaźnili i praktykowali to codziennie.
Myślę, że jestem taką właśnie Mewą. Długo długo, gdy byłem młodszy, byłem też samotny i tak sobie właśnie tę samotność nadrabiałem- śpiewałem, gadałem, powtarzałem swoje tratata tratata. Czasem innym to przeszkadzało, ale jakoś nie zrozumieli, że po prostu jestem samotny.
Na szczęście i w moim życiu pojawił się Sokół. Mój najlepszy przyjaciel, od którego dużo się nauczyłem, któremu dużo zawdzięczam i który pewnie nawet za bardzo nie wie, jak bardzo jest dla mnie ważny i jak go szanuję. Niestety i on ostatnio powiedział mi, że musi odejść na jakiś czas, udać się bardzo daleko. Mam nadzieję, że nie stracimy ze sobą kontaktu całkowicie, ale będzie on niestety bardzo, bardzo utrudniony.
Jednak wiem, że to wcale nie jest "bez sensu". Bóg wie, jaką drogą ma iść każdy z nas. Bóg dał każdemu z nas inne talenty. Mój przyjaciel właśnie dlatego musi się udać daleko stąd, by swój talent rozwinąć. Rozumiem to, ale i tak jest trudno i smutno.
Na szczęście i w moim życiu pojawił się piękny Łabędź. Niecały rok temu poznałem najwspanialszą, najcudowniejszą Kobietę na świecie. Długo szukałem miłości, bardzo często byłem odrzucany, ale Ona, jako jedyna, zobaczyła we mnie coś, co ją zachwyciło, coś, czego inni nie widzieli, czego być może ja sam nie dostrzegam. Stała się dla mnie wszystkim, całym moim światem i ja dla Niej też.
Drogi Sokole, dziękuję Ci za wszystko, co mi ofiarowałeś, czego mnie nauczyłeś, co Tobie zawdzięczam. Życzę Ci wszystkiego najlepszego, abyś jak najlepiej rozwinął otrzymane talenty, aby Bóg miał Cię zawsze w swojej opiece. Tylko o mnie nie zapominaj.
Drogi Łabędziu, dziękuję, że jesteś, że widzisz we mnie to, czego inni nie widzą, czego czasem sam nie dostrzegam. Że Kochasz mnie całym sercem i jestem Twoim skarbem a Ty moim. Kocham Cię.
Moi drodzy, życzę każdemu z was, abyście mieli takich swoich Sokołów i swoje Łabędzie. Życie bez nich... jest "bez sensu".
Otoczcie też modlitwą mnie, mojego Sokoła i Łabędzia. Dziękuję wam za to z góry.
Słowo Boże na dziś:
(Mt 25,14-30)
Jezus opowiedział uczniom tę przypowieść: Pewien człowiek, mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał. Zaraz ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zyskał drugie dwa. Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana. Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi. Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem. Rzekł mu pan: Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana! Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc: Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem. Rzekł mu pan: Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana! Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: chcesz żąć tam, gdzie nie posiałeś, i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność! Odrzekł mu pan jego: Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz - w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów.
Każdy z nas, bez wyjątku, dostał od Boga jakiś talent, bądź talenty. Jeden mało, drugi bardzo wiele, wszyscy jednak coś otrzymali, do czegoś zostali powołani. Każdy ma to, co może najlepiej wykorzystać, co jest właściwe tylko jemu, nie ma więc znaczenia, kto ma dużo, a kto mało.
Jakie to są talenty? Hmm... Niektórzy potrafią pięknie śpiewać, inni tańczyć, jeszcze inni świetnie recytują, są świetnymi mówcami, bądź bardzo dobrymi aktorami lub też pisarzami. Innych talenty związane są z nauką- przychodzi im ona łatwo, mają ostre umysły na nią nakierunkowane, uwielbiają się nią zajmować, odkrywać nowe rzeczy, rozwijać ją, nauczać jej. Jeszcze inni mają po prostu talent do bycia dobrym mężem, żoną, ojcem, matką, potrafią, czasem nawet mimo braku środków, zapewnić małżonkowi, dziecku wszystko, co potrzebuje, nawet w nadmiarze.
Musimy te nasze talenty oczywiście najpierw w sobie odkryć, a potem rozwinąć i podzielić się z innymi. Nie możemy ich po prostu ukrywać, bo jaki to miałoby sens? Trzeba pamiętać, że nasze talenty wcale od nas nie pochodzą- to Boży dar, na który nie zasługujemy, a jednak go otrzymaliśmy.
Wiara też jest takim darem. Niektórzy otrzymali ją w niezbyt dużej ilości, inni więcej, a inni w postaci wręcz heroicznej i każdy z nich, niezależnie od tego, ile otrzymał, ma ten dar w sobie rozwijać i się tym darem dzielić, nie ukrywać.
Dzisiejszy świat sugeruje, a czasem wręcz zmusza nas, wierzących, byśmy tę naszą wiarę ukryli, bo to przecież prywatna sprawa, nasza własna, w co wierzymy, nikogo więcej to nie obchodzi. Skoro nie obchodzi, to czemu mamy to ukrywać?
Bóg chce żąć tam, gdzie nie posiał, zbierać tam, gdzie nie rozsypał, dlatego nie możemy być jak trzeci sługa, nie możemy się bać i ukrywać naszej wiary, tylko ją rozwijać, dzielić się nią.
Jakże się nią dzielić? Poprzez naszą pełną miłości postawę. Rozwijajmy nasze talenty, czy to śpiewanie, czy to mówienie, nauczanie, czy to bycie dobrym rodzicem, małżonkiem, dzieckiem.
Nie zawsze trzeba o wierze mówić, aby nieść ją w świat. Często wystarczy postawa i to, co sobą reprezentujemy. Nie wszyscy wszakże mamy talent do bycia mówcami i ewangelizatorami. Jeśli jesteś piosenkarzem, śpiewaj z miłości do Boga i ludzi, jeśli jesteś nauczycielem, ucz tak, jak Bóg polecił, jeśli jesteś ojcem, kochaj swoje dzieci i zajmuj się nimi, wychowuj je należycie, jak Bóg polecił, nie zajmuj się tym, do czego talentu nie masz.
Oczywiście przy tym przyznawaj się jawnie do Boga- uczęszczaj na Msze Święte, praktykuj modlitwę, czyń uczynki miłosierdzia.
Gdy inni zobaczą, jak rozwijasz się w tym, co robisz, jak Bóg cię w tym wspiera, być może ich serca, jeśli są z kamienia, skruszeją i też pójdą oni za Bogiem.
Jeśli cię zapytają, powiedz tylko, że wszystko co masz zawdzięczasz Bogu i wszystko co robisz, robisz dzięki i dla Niego. Nic więcej mówić nie trzeba.
Ja sam, przyznaję się bez bicia, czasem mam taki odruch, by mą wiarę, czy inne dary, które otrzymałem, po prostu ukryć, by wydać się innym takim sobie zwykłym człowieczkiem bez niczego, żebym nikogo nie interesował, bo często, gdy chodzi przede wszystkim o wiarę, spotyka się człowiek z odrzuceniem, odtrąceniem i zniewagami, co jest trudne, ale przecież "wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia". Jeśli chodzi o inne nasze talenty, ludzie często są po prostu zazdrośni i też próbują nas znieważyć i zdeptać, byle ktoś inny, poza nimi samymi, nie osiągnął nic. Dlatego mimo wszystko staram się te moje dary rozwijać i dzielić się z nimi z ludźmi(na przykład tutaj).
Wczoraj w mojej małej wiosce miał miejsce odpust ku czci Karoliny Kózkówny- polskiej błogosławionej, XX-wieczniej dziewicy męczennicy.
Pochodziła z rodziny ubogiej, rolniczej, ale bardzo religijnej. Jej dom był nawet nazywany tzw. kościółkiem. Cała rodzina bardzo często, niemal codziennie, uczestniczyła we Mszy Świętej w kościele oddalonym od domu o 4km, gdzie często chodzono pieszo, codziennie wspólnie odmawiała pacierz, śpiewała Godzinki, sięgała po Pismo Święte.
Sama Karolina urodziła się w 1898 roku (sto lat przede mną), Komunię Świętą przyjęła po raz pierwszy w 1907 roku, szkołę podstawową w 1912 roku ukończyła z wynikiem celującym, sakrament Bierzmowania przyjęła w roku 1914, często udawała się na pielgrzymki, była dzieckiem bardzo pracowitym, pomagała rodzicom i sąsiadom. Należała do Bractwa Komunii Świętej wynagradzającej, Apostolstwa Modlitwy, Towarzystwa Wstrzemięźliwości oraz była zelatorką Koła Żywego Różańca. Nosiła Różaniec na szyi i modliła się nim codziennie.
Jak widać, wykorzystywała, rozwijała i dzieliła się wszystkimi darami, którymi ją Bóg obdarował. Niestety jej życie zostało bardzo szybko zakończone.
18 września 1914 roku do jej domu przyszedł rosyjski żołnierz. Wyciągnął on ją siłą z domu, zaprowadził do lasu, gdzie próbował zgwałcić, ale ona nie pozwoliła mu na to i mimo wielu ran uciekła. Niestety nie zdołała wrócić do domu, upadła na skraju lasu i tam zmarła z powodu ciężkich obrażeń.
Mimo tak młodego wieku była bardzo dojrzała. Wiedziała, co jest w życiu ważne, jak trzeba się zachować, nawet mimo groźby utraty życia. Wykorzystała wszystkie talenty, jakie otrzymała. Błogosławiona Karolina.
Jednak nie tylko tym chciałbym się z wami podzielić. Wczorajszej Mszy z okazji obchodzonego Święta Młodych (tak to jest u nas nazywane, a co roku przybywa coraz więcej młodych osób z całej diecezji i nie tylko), przewodniczyli dominikanie, duszpasterze ledniccy, a w sumie koncelebrowało ją aż 17 kapłanów (ledwo się mieścili w prezbiterium kaplicy).
Jeden z dominikanów wygłosił kazanie, które mnie bardzo ujęło.
Opowiedział on w nim bajkę, której niestety nie umiem powtórzyć słowo w słowo.
Brzmiała ona mniej więcej tak:
Była sobie gadatliwa, śpiewająca Mewa. Niektórzy zwracali jej uwagę, mówili, żeby choć na chwilę przestała, ale ona w kółko nawijała to swoje tratata tratata.
Pewnego dnia, latając i śpiewając w kółko, zobaczyła nad jeziorem Sokoła. Był on bardzo dostojny i milczał. Oniemiała, przysiadła się i również zamilkła. Siedzieli tak w milczeniu 5...10...15...20...26 minut. Potem Sokół odezwał się, że musi iść do pracy, ale zaprasza jutro... i odleciał.
Na drugi dzień to samo, kolejnego dnia też milczeli sobie 5...10...15...20...26 minut. W końcu Sokół zaproponował Mewie herbatę wieczorem. Spotkali się więc, opowiedzieli o sobie, zaprzyjaźnili i codziennie rano milczeli a wieczorem pili herbatę.
Pewnego dnia, gdy znów się rano spotkali, Sokół był jakiś inny, smutniejszy. Mewa to zauważyła i gdy skończyli, zapytała go o to. On odpowiedział, że musi odlecieć bardzo daleko, ale może jeszcze się kiedyś spotkają. Pożegnali się więc i rozstali.
Mewa smutna wracała do domu i śpiewała: "Bez sensu, bez sensu, bez sensu, bez sensu...".
Jednak następnego dnia, czy to z przyzwyczajenia, czy tęsknoty, udała się nad jezioro sama i milczała tak 5...10...15...20...26minut. Powtarzała to codziennie.
Pewnego dnia, gdy tak milczała, podpłynął do niej piękny, biały Łabędź. Powiedział, że jeszcze nigdy nie widział tak pięknie milczącej Mewy. Zapytał, czy może się dosiąść, pozwoliła mu i tak milczeli razem 5...10...15...26minut. Również się zaprzyjaźnili i praktykowali to codziennie.
Myślę, że jestem taką właśnie Mewą. Długo długo, gdy byłem młodszy, byłem też samotny i tak sobie właśnie tę samotność nadrabiałem- śpiewałem, gadałem, powtarzałem swoje tratata tratata. Czasem innym to przeszkadzało, ale jakoś nie zrozumieli, że po prostu jestem samotny.
Na szczęście i w moim życiu pojawił się Sokół. Mój najlepszy przyjaciel, od którego dużo się nauczyłem, któremu dużo zawdzięczam i który pewnie nawet za bardzo nie wie, jak bardzo jest dla mnie ważny i jak go szanuję. Niestety i on ostatnio powiedział mi, że musi odejść na jakiś czas, udać się bardzo daleko. Mam nadzieję, że nie stracimy ze sobą kontaktu całkowicie, ale będzie on niestety bardzo, bardzo utrudniony.
Jednak wiem, że to wcale nie jest "bez sensu". Bóg wie, jaką drogą ma iść każdy z nas. Bóg dał każdemu z nas inne talenty. Mój przyjaciel właśnie dlatego musi się udać daleko stąd, by swój talent rozwinąć. Rozumiem to, ale i tak jest trudno i smutno.
Na szczęście i w moim życiu pojawił się piękny Łabędź. Niecały rok temu poznałem najwspanialszą, najcudowniejszą Kobietę na świecie. Długo szukałem miłości, bardzo często byłem odrzucany, ale Ona, jako jedyna, zobaczyła we mnie coś, co ją zachwyciło, coś, czego inni nie widzieli, czego być może ja sam nie dostrzegam. Stała się dla mnie wszystkim, całym moim światem i ja dla Niej też.
Drogi Sokole, dziękuję Ci za wszystko, co mi ofiarowałeś, czego mnie nauczyłeś, co Tobie zawdzięczam. Życzę Ci wszystkiego najlepszego, abyś jak najlepiej rozwinął otrzymane talenty, aby Bóg miał Cię zawsze w swojej opiece. Tylko o mnie nie zapominaj.
Drogi Łabędziu, dziękuję, że jesteś, że widzisz we mnie to, czego inni nie widzą, czego czasem sam nie dostrzegam. Że Kochasz mnie całym sercem i jestem Twoim skarbem a Ty moim. Kocham Cię.
Moi drodzy, życzę każdemu z was, abyście mieli takich swoich Sokołów i swoje Łabędzie. Życie bez nich... jest "bez sensu".
Otoczcie też modlitwą mnie, mojego Sokoła i Łabędzia. Dziękuję wam za to z góry.
Pozdrawiam i życzę błogosławionej niedzieli, tygodnia, miesiąca
Reb




Komentarze
Prześlij komentarz