Przejdź do głównej zawartości

Jestem bogaty

Wczoraj, jak zdecydowana większość z nas, katolików, byłem późnym wieczorem na Pasterce.
Nie służyłem jednak przy ołtarzu, jak to zwykle robię- tym razem tworzyłem muzyczne tło wraz z moją orkiestrą- dlatego też nie byłem na Mszy w swojej parafii.
Ksiądz przewodniczący Pasterce, jak się okazało, chory na chorobę nowotworową, bardzo mnie ujął.
Jego kazanie było... dawno nie słyszałem czegoś tak poruszającego.

Może cofnijmy się trochę.
 "A oto zbliżył się do Niego pewien człowiek i zapytał: «Nauczycielu, co dobrego mam czynić, aby otrzymać życie wieczne?» Odpowiedział mu: «Dlaczego Mnie pytasz o dobro? Jeden tylko jest Dobry. A jeśli chcesz osiągnąć życie, zachowaj przykazania». Zapytał Go: «Które?» Jezus odpowiedział: «Oto te: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, czcij ojca i matkę oraz miłuj swego bliźniego, jak siebie samego!» Odrzekł Mu młodzieniec: «Przestrzegałem tego wszystkiego, czego mi jeszcze brakuje?» Jezus mu odpowiedział: «Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!» Gdy młodzieniec usłyszał te słowa, odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości."
Mt 19,16-22
Jakoś nigdy nie przyszło mi na myśl, że ta przypowieść nie mówi tylko o majątku fizycznym. 
Sam nie jestem bogaty, biedny też,  zwykły przeciętniak- nie za dużo wygód, często trzeba na coś oszczędzać, nie ma mowy o iphonach i innych nowobogackich itemkach. Niezbyt przywiązywałem więc wagę do tej przypowieści.
Z drugiej strony, nie patrząc na majątek- od dawna jestem zaangażowany w życie Kościoła. 
Od dziecka co niedzielę Msza, we wszystkie uroczystości, święta, czasem w tygodniu. Kilka lat temu lektorstwo, śpiewanie psalmów, potem zostanie ceremoniarzem, strzeżenie poszanowania liturgii itd. Wraz z przyjacielem od dawna na własną rękę poszerzamy swoją wiedzę o chrześcijaństwie, oczywiście tylko w oparciu o rzetelne źródła. Zdecydowanie mogę powiedzieć, że coś tam wiem. 
A jednak, mimo wszystko, nierzadko mam problem ze swoją wiarą. Długo zastanawiałem się dlaczego, przecież staram się stawiać Boga na szczycie życiowej piramidy, modlę się, głoszę Dobrą Nowinę, co robię nie tak, czego jeszcze brakuje?

Wczoraj wspomniany wyżej Ksiądz mi to uświadomił. Powiedział mniej więcej tak:
"Nasz Bóg, Jezus, urodził się poza miastem, w stajni, w ciemności. Umarł też poza miastem. W mieście jest zazwyczaj dużo światła, nawet nocą. Poza nim panuje ciemność. Jaka to różnica? 
W ciemności łatwiej dostrzec światło, rozbłysk światła... dlatego tym, którzy mają w sobie tak dużo ciemności, wystarczy często tylko mała iskra, by rozbłyśli światłem."

Wow... I wszystko jasne, dosłownie. 

Jezus, po tym, jak bogaty młodzieniec odszedł od niego, rzekł do swoich uczniów: 
"Zaprawdę, powiadam wam: Bogaty z trudnością wejdzie do królestwa niebieskiego, Jeszcze raz wam powiadam: Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego". 

Ja też, mimo wszystko, jestem bogaty. Gdy usłyszałem słowa Księdza, dotarło to do mnie w jednej chwili.  Jestem bogaty, jest we mnie światło, nawet dużo światła, dlatego Boży rozbłysk nie robi na mnie takiego wrażenia, dlatego czasem jest mi tak trudno nawiązać z Bogiem kontakt, zbliżyć się do niego...
Chodzi o to, że mam w sobie wiarę, mam wiedzę, jestem blisko Kościoła.
Mam bliskich, mogę się z nimi cieszyć, śmiać.
Jednak to nie wszystko- brakuje mi tego, aby to moje bogactwo rozdawać innym, którzy go nie mają. Myślę, że to właśnie jest powodem moich częstych wahań.

Podczas wczorajszej Wigilii podczas rozmów z bliskimi naszła mnie pewna myśl- "My tu teraz jemy, pijemy, cieszymy się, śmiejemy, a przecież wystarczy się rozejrzeć- jak wielu nie ma teraz co jeść, nie ma teraz co pić, nie ma się z czego cieszyć, z czego śmiać, nie ma z kim spędzić tego czasu". 
Nic jednak z tym nie zrobiłem, a przecież o tym mówi Jezus. Miejsce dla gościa pozostało wolne... Tego mi właśnie brakuje.

Wróćmy do Pasterki i wspominanego już nieraz Księdza. 
Na koniec Mszy zrobił coś, co najpierw trochę mnie oburzyło, potem jeszcze bardziej wzruszyło. Zanim zakończyła się Msza, ogłosił, że teraz wszyscy dostaną opłatki i będą się nimi łamać i składać sobie życzenia. 

Okok, nawet fajnie, ale czemu podczas Mszy? Nie na to teraz czas, opłatek już był...

Sam pierwszy zaczął z ambony mówić swoje życzenia do wiernych. Brzmiały one mniej więcej tak:

"Kochani, ja nie mam nikogo poza wami, jesteście mi najbliżsi, dziękuję wam za to (tu wymienił nawet kilka osób z imienia i nazwiska), jesteście wspaniali. Wiem, że trudno jest się łamać opłatkiem z nieznajomymi, obcymi, rzadko to robimy, nie wiadomo, co powiedzieć itp., ale dla mnie, dla mnie nie jesteście obcy, kocham was wszystkich, tylko was mam. 
Dziś zjadłem wieczerzę z ludźmi, którzy nie chcieli być sami, tak jak ja nie chciałem być sam. 
Ten opłatek jest dla mnie bardzo ważny. 
Pisałem sobie dziś życzenia, ale potem stwierdziłem, że lepiej, jak powiem to sam, bez karki. Dziękuję, że jesteście."
Zrobił to, na co sam się nie odważyłem. Rozdał swoje bogactwo. Podzielił się z ubogimi.
Chwała Panu!

Drodzy moi, te Święta są idealną okazją, aby robić takie rzeczy, aby dzielić się radością, miłością, dobrem. Jednak nie poprzestańmy tylko na świetach, róbmy to przez cały czas.

Pozdrawiam,
Reb



Komentarze